To nie koniec katastrofy
GUS opublikował dane dotyczące poziomu urodzeń w roku ubiegłym. Urodziło się 403 tyś dzieci. Więcej niż w roku poprzednim i więcej niż w 2015 roku. Media rządowe ogłaszają wielki sukces programu rządowego 500+. Koronnym argumentem ogłoszonego sukcesu jest porównanie poziomu urodzeń z prognoza GUS z 2014. Wówczas GUS prognozował że w roku ubiegłym urodzenia osiągną poziom 346tyś. W świetle tej prognozy, wzrost urodzeń w porównaniu z prognoza wynosi 57 tyś. To na pierwszy rzut oka jest wzrost wyraźny i pozwala mówić o sukcesie rządowego programu. Natomiast krytycy tego programu zwracają uwagę, że wzrost urodzeń może być spowodowany spadkiem bezrobocia i wzrostem wynagrodzeń na potwierdzenie swego stanowiska przytaczają także dane z lat 2008-2010, gdy mieliśmy do czynienia także ze spadkiem bezrobocia i wzrostem urodzeń. Pozornym potwierdzeniem jest są także dane za rok 2015, gdy w porównaniu z prognozą ,urodziło się o ponad 16 tyś więcej dzieci.
Nie ulega wątpliwości, że spadek bezrobocia i wzrost wynagrodzeń mogą być jednym z czynników wzrostu urodzeń, ale przykład lat 2008-10, gdy mieliśmy poziom urodzeń powyżej 400 tyś dzieci, to bardziej efekt wprowadzenia dużej ulgi podatkowej na dzieci, która była pierwszym odczuwalnym instrumentem wsparcia rodzin ze względu na posiadanie dzieci. Ulga ta, była pięciokrotnie niższa, niż program 500+ i obejmowała tylko płatników podatku dochodowego. Co więcej w przypadku rodziców rodzin wielodzietnych o niskich dochodach, często nie mogła być w pełni wykorzystana, ze względu na poziom podatku płaconych przez rodziców. A zatem nawet nie wszyscy płatnicy podatku dochodowego, mogli otrzymać wsparcie w wysokości 1200złotych rocznie na dziecko. Nie mniej ten instrument przyniósł ewidentny wzrost urodzeń. W latach 2008-10 urodzenia przekroczyły 400 tys dzieci, a w porównaniu z rokiem 2007, w którym uchwalona ta ulgę wzrost w roku następnym wynosił około 30 tyś. Ten wzrost wyraźnie pokazał, że główną barierą dzietności w Polsce , jest bariera ekonomiczna. Z resztą potwierdzały to badania postaw rodzicielskich, z których wynikało, że polskie rodziny chcą mieć więcej dzieci, niż mają, i że główną barierą, jest bariera ekonomiczna. Także badania dotyczące biedy w polskich rodzinach wskazywały wysoki poziom korelacji pomiędzy wielkością rodziny, a wzrostem biedy. Generalnie, bardziej rodzina wielodzietna, tym większy był poziom biedy. Te badania, jak też rezultaty wprowadzenia dużej ulgi podatkowej pokazywały dobitnie, że przezwyciężenia katastrofy demograficznej, jest możliwe poprzez likwidację w pierwszym rzędzie bariery ekonomicznej. To stwierdzenie było oczywiste już w latach 90-tych, tylko kwestia tej katastrofy, była po za wyobraźnią ówczesnych polityków. W okresie AWS, wicepremier Leszek Balcerowicz skutecznie blokował wszelkie działania prorodzinne i tylko dzięki determinacji ówczesnego ZCHNu, udało się uchwalić projekt ustawy o wydłużeniu urlopów macierzyńskich. Niestety, ten i inne nieliczne instrumenty polityki prorodzinnej zostały zlikwidowane przez rząd Leszka Millera.
Ponieważ od początki lat 90-tych pokolenie dzieci nie odtwarzało, pokolenia rodziców, a na początku obecnego stulenia spadek urodzeń sięgnął poziomu katastrofy demograficznej, dlatego środowisko byłych posłów ZCHN w PIS podjęło działania na rzecz wprowadzenia polityki prorodzinnej do programu wyborczego PIS w 2005 roku. Przygotowana wówczas, przez dr Cezarego Mecha koncepcja 500+ została dzięki temu środowisku wpisana do programu wyborczego PISu i ogłoszona na konferencji w hotelu Radisson 22 sierpnia 2005 roku. Niestety po wyborach, Jarosław Kaczyński wyrzucił ten program do kosza, a politykę gospodarczą powierzył znanej zwolenniczce polityki Balcerowicza Zycie Gilowskiej. To oznaczało koniec jakiejkolwiek polityki prorodzinnej. PiS wówczas zgodził się tylko na dwutygodniowe wydłużenie urlopów macierzyńskich, co było tylko pozorowaniem tej polityki. Także rząd PISu wystąpił przeciwko przygotowanej przez Prawice Rzeczypospolitej podniesieniu ulgi na dzieci do wysokości 1200 złotych rocznie. Ten projekt został przegłosowany przez Sejm przy sprzeciwie wówczas rządzącego PISu. I tylko zbliżające się wybory spowodowały, że partia rządząca wycofała się z zamysłu odwrócenia sytuacji w Senacie.
Otóż na początku obecnego stulecia w wieku reprodukcyjnym było pokolenie wyżu demograficznego z przełomu lat 70/80. To pokolenie teraz wychodzi już z wieku prokreacyjnego. Wprowadzenie polityki prorodzinnej w okresie pierwszych rządów PIS mogło spowodować bardzo wyraźny wzrost urodzeń, znacznie większy, niż ten spowodowany wprowadzeniem dużej ulgi podatkowej. Gdyby wówczas wprowadzono koncepcję 500+, to prawdopodobnie mielibyśmy dziś około miliona dzieci więcej w Polsce, co w sposób zasadniczy poprawiłoby naszą sytuację demograficzną. Co więcej wprowadzenie wówczas tej koncepcji powtrzymałoby w znacznym stopniu emigrację zarobkową i przyczyniłoby się do wzrostu gospodarczego. Jako państwo, po prostu bylibyśmy dziś bogatsi. Niestety nieodpowiedzialna ówczesna decyzja Jarosława Kaczyńskiego przekreśliła te możliwości.
Dziś trudno ukryć, że od lat jesteśmy w sytuacji katastrofy demograficznej o trudnych do przecenienia negatywnych konsekwencjach ekonomicznych, społecznych czy obronnych. Dziś już żaden polityk nie może chować głowy w piasek. Kwestia demograficzna jest dziś największym zagrożeniem przyszłości naszego narodu. Dlatego zrozumiałe jest , że Jarosław Kaczyński wrócił do koncepcji 500+. Ma być ona odpowiedzią na to wyzwanie. I jest odpowiedzią słuszną. Problem w tym, że przy jej konstruowaniu, nadzieje wyborcze, jak zauważył to Paweł Kukiz okazały się ważniejsze od kwestii demograficznych. Aby przezwyciężyć katastrofę demograficzną, trzeba przede wszystkim nie tylko zlikwidować barierę ekonomiczna przy podejmowaniu decyzji o wielkości własnej rodziny, ale trzeba stworzyć ekonomiczne warunki do powstawania rodzin wielodzietnych, przynajmniej z trójką dzieci. W założeniu ten program miał właśnie ten cel realizować, dlatego przewiduje on wsparcie od drugiego dziecka, a w przypadku pierwszego, tylko w sytuacjach wymagających wsparcia socjalnego. Bowiem na jedno dziecko decyduje się każda rodzina, a problemem w polskich rodzinach jest posiadanie następnych dzieci. W rzeczywistości ten program wygląda inaczej. Otóż według danych w okresie od kwietnia 2016 do czerwca roku ubiegłego na wsparcie pierwszych dzieci przeznaczono 39,3% wszystkich środków. W tym na jedynaków 18,24% wszystkich środków. Natomiast na rodziny z trójką dzieci przeznaczono 28,6% wszystkich środków, wśród nich jest także często wsparcie także na pierwsze dziecko. Z tych danych wynika, że na pierwsze i drugie dziecko jest przeznaczonych w sumie 87,75% ogółu środków. Czyli na trzecie i następne dzieci jest przeznaczone tylko13,25%. Ten udział bardzo wyraźnie kontrastuje z udziałem jedynaków w ogółu kosztów wynoszonych przecież 18,24% wszystkich środków. Co to oznacza? Otóż oznacza to przede wszystkim socjalny, a nie demograficzny charakter tej formy pomocy dla rodzin. Ten stan potwierdza także tezę Pawła Kukiza, o istotnym wyborczym charakterze tego wsparcia. Rodzin z jednym dzieckiem jest znacznie więcej niż rodzin wielodzietnych, dlatego ta kategoria rodzin została objęta pomocą, pomimo iż ten rodzaj pomocy nie poprawia sytuacji demograficznej.
Aby nastąpił wyraźniejszy wzrost demograficzny, wsparcie powinno mieć charakter progresywny. Tak wygląda reforma polityki prorodzinnej w Rosji wprowadzona w roku 2007. W efekcie współczynnik zastępowalności pokoleń z poziomu podobnego co w Polsce wzrósł do poziomu 1,8. To jeszcze nie jest osiągniecie odtwarzania pokolenia rodziców w pokoleniu dzieci, ale nastąpił wyraźny wzrost. Podobnie jest w Izraelu, gdzie progresywne wsparcie doprowadziło do wzrostu tego współczynnika do poziomu 3,2. Natomiast w Polsce ten współczynnik prawdopodobnie osiągnął w roku ubiegłym wielkość 1,4. To oznacza, że nawet w Europie jesteśmy na szarym końcu i do prostego odtwarzania , czyli osiągniecia współczynnika 2,1 jeszcze bardzo dużo brakuje. Ta sytuacja, to nie powód ogłaszania sukcesu, jak robią to prorządowe media, ale sygnał, że trzeba dokonać wyraźnej korekty programu polityki prorodzinnej. Przede wszystkim musi być ona nakierowana na tworzenie rodzin wielodzietnych. Gdyby podniesiono wsparcie dla trzeciego i następnego dziecka do 1000złotych, to przy obecnym poziomie urodzeń byłby to wzrost nakładów na ten program o 12,25% czyli o sumę 2 880mil złotych. To w porównaniu z wydatkami na jedyne dziecko w rodzinie jest sumą stosunkowo niewielką. Oczywiście należy się liczyć z jej wzrostem, ale w sumie w porównaniu z całością nakładów na ten program są to liczny stosunkowo skromne. Oprócz wyraźnego progresywnego wzrostu wsparcia dla rodzin wielodzietnych powinny być wdrożone inne elementy polityki prorodzinnej zachęcające do posiadania więcej dzieci. Przede wszystkim powinien być wydłużony urlop macierzyński do trzech lat przy urodzeniu trzeciego i następnego dziecka. A także dla matek rodzin wielodzietnych, od czwartego dziecka powinno być przyznana najniższa emerytura, a od piątego dziecka średnia emerytura. Nie jest bowiem sprawiedliwe, by dorosłe dzieci pracowały tylko na emerytury kobiet bezdzietnych lub małodzietnych. Matkom rodzin wielodzietnych po prostu należą się emerytury. Wreszcie potrzebna jest zmiana w kulturze masowej , zwłaszcza tej propagowanej w telewizji. Rodziny wielodzietne powinny być pokazywane, zgodnie z prawdą, jako pozytywny model rodziny.
Wzrost urodzeń spowodowany wprowadzeniem programu 500+ jest zjawiskiem pozytywnym, ale zdecydowanie niewystarczającym. Ten wzrost urodzeń nie przezwycięża katastrofy demograficzne, dlatego demografowie prognozują nie tylko bezwzględny spadek ludności Polski, ale systematyczne pogarszanie jej struktury wiekowej. Prognozy wskazują ze w 2060 roku będzie Polaków o siedem milionów mniej, a dzieci w wieku do 10lat, których w roku 1960 było 7mln, w 2060 będzie tylko 2mln. Zaś osób w wieku powyżej 80lat, których w 1960 było 200tyś, w 2060 roku będzie 4mln. To oznacza, że Polska nie tylko będzie wymierać, ale to też oznacza że będzie w głębokim kryzysie ekonomicznym i nie będzie nas stać na utrzymanie wzrastającej liczby emerytów. Przy takim poziomie urodzeń, katastrofa demograficzna nie została bowiem przełamana. Sytuacja wzywa do natychmiastowych działań poprawiających skuteczność polityki prorodzinnej. Katastrofa demograficzna jest największym zagrożeniem dla naszego narodu i trzeba zrobić wszystko by ja przezwyciężyć. Te działania to odpowiedz, czy program wsparcia rodzin ma na celu uchronienie Polaków od jej skutków, czy jego celem jest tylko zapewnienie reelekcji ugrupowaniu rządzącemu.
Marian Piłka
Historyk, wiceprezes Prawicy Rzeczypospolitej



